Odpowiedź :
Odpowiedź:
,,Początek ich znajomości"
Wyjaśnienie:
Była piękna marcowa noc. Cykady cykały wesoło, księżyc spoglądał podróżnikom głęboko w oczy, a wiatr głaskał trawy porastające rozległe greckie pastwiska.
-UWAGA! - rozległ się młodzieńczy głos
Apollo złapał dysk milimetry od swojej twarzy. Rozejrzał się w poszukiwaniu swego niedoszłego zabójcy.
-Przepraszam Cię najmocniej! - powiedział piękny, młody chłopiec. - Nie jestem w tym zbyt dobry...
-oh, to nic takiego - zaczął poirytowany Apollo. - Prawie straciłem głowę...- urwał dostrzegają rysy młodzieńca w blasku księżyca. - Właściwie... Mogę cię trochę podszkolić...
-Naprawdę?! - nie dowierzał młodzieniec
-Tak. Erm... A byłbyś łaskaw wyjawić mi swoje imię?
-Hiacynt... - odparł cicho
-To naprawdę piękne imię - pokiwał głową z aprobatą Apollin.
-Dzię...dziękuję - zająknął się chłopak, delikatnie rumieniąc się.
-Apollo jestem. Bóg Apollo.
-B-bóg?! To wy możecie tak po prostu zadawać się ze śmiertelnikami?
-Nie wiem - odparł wzruszając ramionami.- Dla ciebie mogę złamać zasady -powiedział puszczając mu oczko.
Zapanowała cisza przerywana cichymi odgłosami nocnych zwierzą i krzykami dochodzącymi z zamku Cesarza z panującej tam uczty.
-To...Może pokaż mi jak rzucasz? No wiesz, żebym mógł ocenić - przerwał Apollo, podając mu wcześniej złapany dysk.
-Oh, tak jasne.
Hiacynt ustawił się do rzutu.
-OH NA ZEUSA! Czekaj, nogi masz źle ustawione, ręce...To nie tak! - krzyczał machając rękami. - Lewa stopa bardziej do tyłu. - poinstruował podchodząc do niego. - A łokieć - delikatnie chwycił jego rękę i zastygł. - Łokieć powinien być niżej mój drogi. - odparł ustawiając odpowiednio swojego towarzysza.
Apollo uśmiechnął się i spojrzał Hiacyntowi w oczy. ,,A teraz rzuć" - dodał niby od niechcenia. Chłopak odwzajemnił uśmiech.
Nie wiedzieli oni jednak, że ta piękna chwila jest podglądana przez zazdrosnego boga wiatru - Zefira. Jemu również Hiacynt wpadł w oko. Jednak owa zazdrość niebawem miała doprowadzić do tragicznych wydarzeń.
WERSJA II
Był piękny letni poranek. Ptaki wesoło świergotały wtórując radosnym piosenkom nimf, bogiń i niewiast biegającym po greckich łąkach. Jedne plotły kolorowe wianki z polnych kwiatów, inne splatały warkocze ze swych włosów lub wesoło gawędziły, kolejne goniły się w koło. Echo roznosiło ich radosny śmiech po okolicznych lasach.
Sielankę tę przerwał przerażający ryk. Ziemia się rozstąpiła. Z czeluści Podziemia wyłoniły się masywne, czarne konie. Z ich psyków toczyła się gęsta biała piana, a w wytrzeszczonych oczach zwierząt dostrzegalna była biel białek. Zaraz za końmi wyłonił się równie przerażający czarny powóz. Siedział na nim nie kto inny jak Hades.
Nimfy w popłochu zaczęły uciekać zostawiając wstążki, zaczęte wianki i nawet buty. Jednak nie one interesowały Hadesa. Zmierzał on ku jednej konkretnej bogini - Korze.
Dziewczyna zerwała się jako jedna z ostatnich. Z rozpaczą gnała nie oglądając się za siebie. Słyszała narastające tętno kopy. Wiedziała, że nie ma szans uciec.
Silne ramię niespodziewanie oplotło się wokół jej tali i wciągnęło ją do wnętrza pędzącego rydwanu.
-Witaj moja miła. - odarł Hades do przerażonej dziewczyny
Kora chciała mówić, chciała zadawać pytania, krzyczeć, ale niewidzialna dłoń ściskająca jej gardło nie pozwalała jej. Była bezradna.
-K-kim jesteś? - wydukała po dłużej chwili
-Jestem Hades, bóg świata umarłych. Twój przyszły mąż.
Mąż? - pomyślała bogini. Kora, jeszcze wtedy nie zdawała sobie z powagi sytuacji i konsekwencji jakie będzie miała. Owe spotkanie miało na zawsze odmienić jej przyszłe życie.