W październikowy poranek
Jesienne smutki wyszeptał wiatr
Drzewa zapłakały nad jego marnym losem
Liście spuściły zasłony milczenia
I tylko jeż miał z tego wielką frajdę.
Wiatr cichutko łkał
Cały świat miał być jego domem
Lecz przegonił go rzęsisty deszcz
Burza pogroziła palcem
A tęcza wciąż szydziła
Jedynie zachodzące słońce nieśmiało zapraszało za horyzont.